„Przecież nawet jej nie zabiłem” to kolejna odsłona przygód Daniela Podgórskiego i Klementyny Kopp. Brutalne morderstwo, mylne tropy i emocjonujący pościg za zabójcą! Wszystko to w formie krótkiego opowiadania specjalnie dla Esquire Polska (nr 4, wrzesień/październik 2015). 


Przecież nawet jej nie zabiłem

Katarzyna Puzyńska

Sebastian Socha oddychał ciężko. Drżał na całym ciele. Stał się drapieżnikiem, a jedyne, czego pragnął, to śmierć swojej ofiary. W dłoni ściskał długi nóż. Ostrze było idealne. Wchodziło w skórę bez najmniejszego wysiłku. Zdążył już to sprawdzić. Teraz wystarczy szybszy ruch ręką i będzie po wszystkim. Starał się zdusić wszelkie wątpliwości. Po pierwsze, nie szkodzić? Szczerze mówiąc, w dupie miał przysięgę Hipokratesa.

Szmer przyciszonych rozmów mieszał się z ostrymi dźwiękami migawek aparatów fotograficznych. Młodszy aspirant Daniel Podgórski poluźnił kołnierzyk służbowej koszuli. W pomieszczeniu już dawno zrobiło się duszno. Powietrze można było niemal kroić.

-– Tak, jak mówiłem – kontynuował tyradę Edward Król – policja próbuje mnie wrobić w to morderstwo! Na razie niby tylko rozmawiają, ale wiem, jak to się skończy!

Kilkoro dziennikarzy podchwyciło jego słowa i mruknęło coś ochoczo na temat skandalu. Klementyna Kopp zaklęła pod nosem. Daniel zerknął w stronę koleżanki. Wiedział, że pani komisarz nienawidzi dziennikarzy. Od kiedy rano znalezione zostało zmasakrowane ciało niezidentyfikowanej dotąd kobiety, towarzyszyli śledczym krok w krok. Najgorsze, że nie można było temu zaradzić. To byli starzy wyjadacze, którzy doskonale wiedzieli, jak zmieścić się w sztywnych ramach przepisów.

Kiedy policjanci przesłuchiwali Króla w jego domu obok rzeźni, dziennikarze czekali na zewnątrz gotowi polować na najmniejszy nawet strzępek informacji. Król to wykorzystał i szybko zaprosił ich na nieformalną konferencję prasową.

-– Czy jest pan jednym z podejrzanych? – zawoła reporterka lokalnej telewizji.

-– Wykorzystuje się moją profesję, żeby rzucać oskarżenia – wrzasnął mężczyzna, unikając odpowiedzi. – Tłumaczę im, że tablice z mojego samochodu skradziono. Moja żona potwierdza, że byłem w domu. Chętnie zamknęliby mnie w areszcie, ale sami wiedzą, że nic na mnie nie mają!

Reakcja Króla na wstępne przesłuchanie okazała się zdecydowanie przesadzona, ale trzeba było przyznać, że policja nie miała przeciw niemu nic konkretnego. Sprawca porzucił ciało obok cmentarza. Zaparkował tak, że samochód zasłaniał jego sylwetkę. Na monitoringu widać było tylko twarz zasłoniętą czarną kominiarką. To mógł być każdy.

Zabójca poruszał się zdezelowanym dostawczym polonezem. Nie starał się maskować tablic. Szybko okazało się, że na blachach zarejestrowany jest mercedes GLC Edwarda Króla. Właściciela poloneza jak na razie nie udało się ustalić. Samochód prawdopodobnie również był kradziony.

-– To, że jestem rzeźnikiem, nie robi ze mnie mordercy! – wrzasnął Król, jakby cała ta szopka przed chwilą nie wystarczyła.

Daniel zerknął w stronę Klementyny, ale policjantka przedzierała się już do wyjścia. Jej gładko ogolona głowa i pokryte starymi tatuażami ramiona sprawiały, że mimo drobnego wzrostu, trudno było ją przeoczyć.

Policjant ruszył za koleżanką. Kilku dziennikarzy spojrzało wrogo na jego mundur. Wyglądało na to, że Król miał ich już po swojej stronie.

-– Czy chodzi tylko o tablice rejestracyjne? – Blondwłosa reporterka chwyciła Daniela za ramię, kiedy był już prawie przy wyjściu. – Skąd ta pewność, że to pan Król zabił? Czy macie innych podejrzanych?

-– Za wcześnie na wskazywanie konkretnych osób – mruknął policjant.

Przedzierając się przez wyciągnięte w jego stronę dyktafony, wydostał się w końcu na zewnątrz. Klementyna rozmawiała przez telefon. Jej pokryta siecią zmarszczek kanciasta twarz wykrzywiła się nieznacznie. Zrobiła w jego stronę naglący ruch wytatuowaną ręką.

-– Mamy następną.


Nienawidziłem się za to, ale dzień jej pochówku paradoksalnie miał stać się moim odrodzeniem. Koniec wyczekiwania, które z dni przeciągało się w miesiące, a potem w lata. Koniec nienawistnych spojrzeń, przykrości i złośliwości, którymi mnie raczyła, żeby chociaż trochę umilić sobie egzystencję. Koniec prób dla mojej miłości, która dawno się wypaliła, ale ciągle nie miałem odwagi tego przyznać. Przez piętnaście lat o tym marzyłem. Długie 180 miesięcy. Ciągnące się w nieskończoność 5478 dni. Każdy z nich mam zapisany w pamięci.

Jej śmierć miała być wyzwoleniem. Tylko, że tak się nie stało. Nagle okazało się, że nie istnieję bez niej. Zamiast wyzwolenia przyszła tylko pustka. Całkowita pustka.


Komisarz Klementyna Kopp starała się trzymać nerwy na wodzy. Nie było to łatwe. Na miejscu zdarzenia znowu roiło się od dziennikarzy. Widziała źle skrywaną radość na ich twarzach. Kolejne godziny czatowania na miejscu zdarzenia wcale ich nie zrażały. Druga ofiara oznaczała kolejnego newsa.

-– To niemożliwe! To niemożliwe! – powtarzał Leszek Szulc płaczliwie. – Nie moja żona!

-– Spoko. Ale! Może dosyć już tej szopki, co? – syknęła Klementyna.

Wyszło to ostrzej, niż planowała, ale nie miała czasu na opery mydlane. To już i tak za długo trwało. Trzeba było działać. Dwie brutalnie okaleczone ofiary w ciągu dwóch dni. Niezły wynik. Każda pozbawiona skóry. Kawałek po kawałku, aż nie pozostał na ich ciałach ani jeden osłonięty fragment.

Szczęście w nieszczęściu, że tym razem tożsamość zabitej była prawie pewna. To Dagmara Szulc leżała w kałuży krwi na progu własnego domu. Patolog zdążył już to wstępnie potwierdzić. Mieli więc wreszcie pierwszy ważny punkt zaczepienia.

-– Kiedy ostatnio widziałeś swoją żonkę, co?

Szulc wzdrygnął się. Znowu. Klementyna spojrzała na niego krzywo.

-– Rano – wydusił w końcu. – Potem była w pracy, u lekarza i u fryzjera. Nie wracała… ona... ja wyszedłem z domu i teraz... Ja...

Klementyna machnęła ręką. To już wiedziała. Tym razem morderca porzucił ciało przed domem ofiary. Wyglądało więc na to, że robi się coraz bardziej zuchwały. A może nie podobało mu się, że pierwsza kobieta nadal pozostała nierozpoznana? Jakkolwiek było, ta brawura miała swoje plusy. Zbytnia hardość zawsze prowadzi do błędów.

-– Jesteśmy niewinni!

Rzeźnik Król z jakiegoś powodu nie odpuszczał. Musiał przyjechać tu za sforą pismaków. Teraz pchał przed sobą posiwiałego mężczyznę.

-– To jest pan Janusz Wilk – wyjaśnił pismakom Król. Natychmiast błysnęły flesze. Na twarzy rzeźnika wymalowała się satysfakcja. – Znajduje się w podobnej sytuacji, co ja.

Klementyna nie mogła się powstrzymać przed krótkim „kurwa mać”. Skąd Król wiedział o wszystkim tak szybko? Jakąś godzinę temu mundurowym udało się znaleźć odpowiednie nagranie z monitoringu miejskiego. Znów biały zdezelowany polder i ukryty za samochodem facet w czarnej kominiarce, który pozbywa się ciała. No i kolejny zestaw kradzionych blach. Tym razem tablice pochodziły z piętnastoletniej corolli należącej do Wilka. Przesłuchanie mężczyzny znowu nic nie przyniosło, a teraz był tu razem z rzeźnikiem ku uciesze gawiedzi.

-– Chyba mamy tożsamość pierwszej ofiary – szepnął Daniel.

-– Kto?

– Niejaka Estera Janik. Jej córka właśnie zgłosiła zaginięcie. Cechy fizyczne się zgadzają.


Stałem się człowiekiem, którego nikt nie zauważa. Zatarłem się. Teraz byłem upiorem, który snuje się z domu do pracy i z powrotem. Jej śmierć nie była wybawieniem. Była początkiem końca. Mojego końca.

Mimo całej jej niegodziwości nie miałem nikogo poza nią. Rodzice dawno już nie żyli, a szkolni przyjaciele doczekali się rodzin. Moje imię stało się tylko wyblakłym wspomnieniem ze szkolnej ławy. Wyblakłym wspomnieniem? Marzenie! Nie ma co się łudzić. Nikt mnie nie pamiętał. Za długo byliśmy tylko ja i ona.

Od czasu jej śmierci nie potrafiłem znaleźć sobie miejsca. Wyrzuty sumienia stopniowo wpędzały mnie w obłęd. Byłem gotów zrobić wszystko, byle zapomnieć. Ratunek przyszedł z zupełnie niespodziewanej strony.


Leszek Szulc i Agnieszka Janik siedzieli naprzeciwko śledczych w pokoju przesłuchań. Mąż drugiej ofiary i córka pierwszej. Daniel raz jeszcze przejrzał wydruki, żeby się upewnić, że mają rację. Klementyna krążyła po pomieszczeniu z przesadnie słodkim uśmiechem na ustach. Skóra jej ciężkich, wojskowych butów skrzypiała lekko przy każdym kroku. Kolejne dni śledztwa nareszcie przyniosły przełom.

-– O co chodzi? Już wszystko powiedziałem – wydukał Szulc.

-– To rutynowa rozmowa. Muszą ustalić związki pomiędzy ofiarami – stwierdziła Agnieszka Janik przemądrzale. Odwróciła się do Daniela. – A tych w ogóle nie ma. Moja mama i żona tego pana się nie znały. Ten rzeźnik, co go w telewizji pokazywali, to miał rację! Jesteście do niczego.

Daniel zignorował jej słowa i spokojnie ułożył kartki z wydrukami w równy stos. Szulc przełknął ślinę, jakby wiedział, co policjant zaraz powie.

-– Sprawdziliśmy bilingi obu ofiar  – zaczął Podgórski, odwracając się w stronę mężczyzny. – Przy okazji natrafiliśmy na coś bardzo ciekawego. Estera Janik dzwoniła do pana w poniedziałek. Czego dotyczyła rozmowa?

Szulc zwiesił głowę, jakby nie miał już siły kłamać.

-– Jestem księgowym – wyjaśnił słabo. -– Chciała, żebym rozliczył jej PIT. Umówiliśmy się na przyszły tydzień. Nic więcej nie wiem!

-– Czekaj! Stop! A te twoje rozmówki z tą tu Agunią, co? -– Klementyna wskazała córkę pierwszej ofiary z kolejnym słodkim uśmiechem. – Całkiem regularne pogaduszki. Nie powiem.

-– Matko, mieliśmy romans i co? -– Agnieszka wyglądała teraz na znudzoną. Przynajmniej takie chciała chyba sprawiać wrażenie. – Nie można? To nie oznacza od razu morderstwa.

-– O ile nie założymy, że chcieliście się pozbyć szanownej pani małżonki – odparła spokojnie Klementyna. – Bardzo to wygodne.

-– A dlaczego niby mielibyśmy zabijać moją matkę?

Dobre pytanie. O ile można było podejrzewać, że kochankowie chcieli pozbyć się przeszkody w postaci żony, o tyle zabijanie Estery Janik zupełnie nie wpisywało się w ten schemat. Musiało chodzić o coś innego. Daniel ciągle jednak nie mógł wyzbyć się wrażenia, że odkrycie romansu może ich doprowadzić do czegoś ważnego. 

-– Gdzie się poznaliście? – zapytał spokojnie.

Słuchał odpowiedzi z wielkim zainteresowaniem.


Długo utrzymywałem pozory, że ona żyje. To było o wiele łatwiejsze, niż przyznać, że znajduje się metr pod ziemią w mojej piwnicy. Odbierałem jej rentę i kupowałem leki na receptę. Wychodziło to chyba całkiem dobrze, chociaż wyrzuty sumienia przeżarły mnie do kości.

A przecież nawet jej nie zabiłem. Przynajmniej nie dosłownie. Zostawiłem ją tylko na kilka dni w domu. Samą. Nie mogłem dłużej znieść przykrości, którymi mnie raczyła. Natura zrobiła swoje... kiedy wróciłem, ona już nie oddychała. Leżała pośród własnych ekskrementów. Ta, która za życia chełpiła się swoją władzą nade mną.


– Jak to nie zjawił się dziś w pracy, co? – syknęła Klementyna.

Policjantka obracała w dłoniach model czerwonego fiata 126p, których było tu pełno. Dermatolog musiał być wielkim fanem motoryzacji demoludów. Świetnie korespondowało to z białym dostawczym polderem, którym jeździł sprawca. Może aż nazbyt dobrze. Klementynie to się nie podobało.

-– No po prostu – odpowiedziała wyraźnie speszona pielęgniarka. – Musieliśmy znaleźć zastępstwo za doktora Sochę.

Młoda Janikowa i płaczliwy Szulc poznali się na internetowym forum dla osób przewlekle chorych i ich rodzin. Najwyraźniej spiknęli się, kiedy wymieniali uwagi o cierpieniu swoich bliskich. Dla policji ich wyznanie oznaczało znalezienie kolejnego punktu wspólnego dla obu ofiar. Choroba.

I doktor Sebastian Socha. Klementyna rozejrzała się po gabinecie obwieszonym plakatami na temat łuszczycy, tocznia i oparzeń. Chora skóra zdjęta z ofiar płat po płacie. Czy zrobił to lekarz, któremu ofiary ufały? Zaufanie mogło być kluczem. Przecież nie znaleźli się świadkowie porwania. To musiało wyglądać naturalnie. Niegroźnie.

-– Mam coś interesującego – odezwał się Daniel, przerywając rozważania policjantki.


Nie ja ją zabiłem. Wręcz przeciwnie! Dzięki mnie przetrwała te wszystkie lata! W pełni uświadomił mi to znajomy lekarz.

-– Powinien się pan cieszyć z każdej minuty, którą razem spędzacie – powiedział. Śmiałem się w duchu. Skąd mógł wiedzieć, że już jej nie ma. – W przypadku wielu schorzeń medycyna bywa bezsilna.

Starałem się powstrzymać grymas. W jej przypadku choroba najpierw zaatakowała skórę, potem stawy, a wreszcie doszło do miażdżycy, zawału serca i udaru. Medycyna bywa bezsilna? To mało powiedziane.

– Podziwiam was, że tak razem walczycie z choróbskiem - zakończył. - Nie wszyscy dają radę.

Po powrocie do domu długo myślałem o jego słowach. W końcu bladym świtem zrozumiałem, jaki jest cel mojego istnienia. Będę niósł pomoc kobietom, które cierpią tak, jak ona. Na początek zdejmę z nich chorą skórę, bo to od niej wszystko się zaczęło. Zatrzymam zło!

Gdzieś głęboko miałem też wielką nadzieję, że to będzie zadośćuczynienie.


Daniel zaczął powoli schodzić po schodach. Nie chciał spłoszyć Sochy. W oczach lekarza czaiła się ponura determinacja.

-– Niech pan odłoży nóż – poprosił policjant spokojnie. Oby tylko Klementyna się nie odezwała. Jej niewyparzony język mógł teraz przysporzyć więcej szkody niż pożytku.

Kiedy koleżanka przesłuchiwała pielęgniarkę, Daniel zaczął przeglądać papiery Sochy. Karta Zofii Wilk leżała na wierzchu, jakby dermatolog niedawno ją przeglądał. Jeżeli to on był sprawcą, pacjentka mogła być w niebezpieczeństwie. Daniel i Klementyna ruszyli do jej domu, nie czekając na wsparcie. Zbieżność nazwisk okazała się nieprzypadkowa. To bratu Zofii morderca ukradł tablice rejestracyjne, kiedy pozbywał się ciała drugiej ofiary.

Lekarz otworzył dłoń i nóż upadł na ziemię. Policjant ruszył ostrożnie w jego stronę. Socha nawet nie drgnął. Stał wpatrzony w leżącego kawałek dalej brata niedoszłej ofiary. Janusz Wilk oddychał i zdawał się przytomny, mimo że na jego ciele widać było rany kłute.

-– Gdzie jest Zofia Wilk? – zapytał Daniel ostro.

Lekarz nie odpowiedział.


Kiedy umarła ta druga, zrozumiałem, że Socha mnie oszukał. Mówił, że jestem cudem, że dzięki mnie i mojej opiece siostra żyje tak długo. Oszukał mnie! Nikomu nie potrafiłem pomóc! Niosłem tylko śmierć, zamiast zbawienia.

Wyrzuty sumienia odżyły i stały się nie do zniesienia. Kiedy otaczał mnie kordon dziennikarzy i błyskały flesze, chciałem wyć – byle tylko je uciszyć. Wtedy zrozumiałem, że dermatolog musi umrzeć, żeby odpokutować swoje kłamstwo. To wszystko jego wina. Ja przecież działałem w dobrej wierze.

Podszedłem go bez problemu. Tak, jak te kobiety. Jechałem własnym samochodem, a nie kradzionym polonezem, przed którym drżało teraz całe miasto.

-– O, dzień dobry! – rzucone przez opuszczoną szybę. – Podwiozę pana. Ależ nie ma problemu!

Wsiadł, nie spodziewając się niczego.

-– Tylko na chwilę muszę wpaść do domu. Rozumie pan. Zapomniałem kilku dokumentów. Może pan wejdzie pomówić z Zofią? Ucieszy się.

Wszedł do mojego domu zupełnie bez strachu. Może to mnie zmyliło? Głupi nie spodziewałem się oporu z jego strony. Myślałem, że będzie tak bezwolny, jak Estera Janik i Dagmara Szulc. Nic podobnego. Socha walczył, aż to ja stałem się ściganym, a moje ciało pokryło się krwią po ukłuciach noża. O dziwo policja zjawiła się w porę, żeby mnie uratować.

Pozwoliłem sobie na kilka łez, kiedy sanitariuszka opatrywała moje rany. Nareszcie. Do tej pory nie potrafiłem się na to zdobyć. Łzy mnie oczyszczały. Płakałem nad moją siostrą, nad sobą, nad Esterą i nad Dagmarą. Teraz nareszcie czułem się spokojny, a wyrzuty sumienia ucichły.

Najważniejsze przecież, że policja ma swojego winnego. Użycie własnych tablic w kradzionym polonezie było świetnym pomysłem. Najciemniej pod latarnią. Niemal przegrana walka z lekarzem Zofii też okazała się korzystna. Teraz oficjalnie stałem się ofiarą. Nie katem. Byłem pewien, że wkrótce ja również w to uwierzę.

-– Już wszystko dobrze, panie Januszu – powiedziała sanitariuszka. – Policja na pewno znajdzie pańską siostrę.

Przytaknąłem, chociaż szczerze w to wątpiłem. Nie domyślą się, że Zofia znajduje się pod naszymi stopami. A co mi tam... Najważniejsze, że żyję. Teraz wszystko będzie już dobrze, prawda?

I tylko ta ogolona na łyso policjantka cały czas się we mnie wpatruje. Bez chwili wytchnienia.